piątek, 26 maja 2017

Mazury - cud natury


Dotychczas sądziłam, że nie ma przeszkód, które mogą mi pokrzyżować plany. Byłam święcie przekonana, że jak sobie coś zaplanuję, to nie ma zmiłuj – tak właśnie będzie. O tym jak bardzo się myliłam, miałam się przekonać już wkrótce, tuż przed wyjazdem na Mazury.



Co z tym samochodem?

Wyjazd był zaplanowany na 9 stycznia. Im bardziej zbliżała się ta data, tym bardziej coś huczało w samochodzie. Po wizycie u lekarza – naszego zaprzyjaźnionego Pana Mechanika, okazało się, że rozsypało się łożysko, ale nie ma problemu, on to zrobi w poniedziałek z samego rana, tak żebyśmy jeszcze przed południem mogli wyruszyć. Jakie było moje zdziwienie, kiedy w piątek poprzedzający wyjazd usłyszałam, że on się jednak nie wyrobi. No nie da rady. I że przeprasza. Stanęliśmy przed nie lada problemem, bo wyjazd chociaż krótki (zaledwie dwa dni) zmuszał nas, do wzięcia ogromnej ilości niezbędnego bagażu, związanego z celem podróży. Pisząc niezbędny, naprawdę mam to na myśli. Pociągiem nie dało się zabrać, samolotem się nie opłacało, więc został nam… popsuty samochód. Po przeszukaniu Internetu okazało się, że jazda z rozsypanym łożyskiem nie grozi poważniejszą usterką. No to pojechaliśmy. 




Gorączka? Przyzwyczajam się

Dokładnie tego samego dnia w godzinach popołudniowych zaczęła rozkładać mnie gorączka. 2 dni przed wyjazdem. Powoli chyba staje się to tradycją, że choroba nasila się u mnie przed podróżą. Podobnie było przed lotem do Gdańska i po wejściu na Śnieżkę. Jestem wytrzymałą osobą, ale miałam takie plany, których nie byłam w stanie zrealizować z takim samopoczuciem. Gorączka powoli dobijała do 39 stopni, dlatego za wszelką cenę postanowiłam wyzdrowieć. Zastosowałam wszystkie tradycyjne metody, jakie tylko przyszły mi do głowy. Od malinowej herbaty z cytryną, poprzez wkładanie stóp do gorącej wody z solą, a skończywszy na łyknięciu dwóch tabletek paracetamolu. Ciężko mi było zasnąć, raz trzęsłam się z zimna, a za chwilę nie mogłam wytrzymać z gorąca. No typowa grypa. U mnie trwała zwykle 3-4 dni do pełnego wyzdrowienia. Niezłego miałam zonka, jak obudziłam się rano i okazało się, że moja temperatura wynosi 36,6. Nie dałam się jednak zwieść, bowiem jak powszechnie wiadomo, temperatura rośnie na noc, postanowiłam się jeszcze w sobotę oszczędzać. Wieczorem nic nie wskazywało, aby choroba miała się odnowić, a w niedzielę czułam się już całkiem dobrze. Po przygodach z samochodem i chorobą myślałam, że limit pecha się wyczerpał. No ale jednak nie…



Plany kontra rzeczywistość

Trasa którą sobie zaplanowałam, wyglądała następująco: Warszawa – Wojnowo – Mikołajki – Święta Lipka – Kętrzyn – Stara Różanka – Kiepojcie – Stańczyki –Warszawa. A jak było w rzeczywistości? Nie zobaczyłam tego, co najbardziej chciałam. A dlaczego? O tym już za chwilę. Finalnie trasa wyglądała tak: Warszawa – Wojnowo – Mikołajki – Święta Lipka – Kętrzyn – Stara Różanka – Giżycko – Warszawa.

Mazury – cud natury?

Nie wiem jak to się stało, że przez 24 lata mojego życia, nie wywiało mnie na Mazury. Przecież tam jest bajecznie! To kraina pięknych jezior, pagórków i przyrody. Nikt się tam nigdzie nie spieszy, ludzie żyją powoli, znacznie rzadziej mija się na jezdni samochody, za to częściej niż gdzie indziej, można natknąć się na sarny, łosie, lisy i inną leśną zwierzynę. Ci którzy prowadzą własne biznesy, typu gospodarstwo agroturystyczne lub restauracja, niecierpliwie oczekują sezonu, bo wtedy właśnie Mazury ożywają po zimowym zastoju.  Trafiłam na tak piękną pogodę, o jakiej marzyłam. Przez 2 dni świeciło słońce, powietrze pachniało mrozem, a śnieg trzeszczał pod stopami.  Do tej pory Mazury kojarzyły mi się z kierunkiem na typowo letnie wypady, ale ręczę, że zimą są niezwykle urokliwe. Nie mam jeszcze porównania, dlatego chętnie wybiorę się tam również w cieplejszych miesiącach. 



Dzień 1

Z Warszawy ruszyliśmy bladym świtem. Na bezchmurnym niebie pięknie wschodziło słońce, radio grało swoje melodie, a łożysko wyło coraz bardziej. Miasteczka przy Warszawie nie były zakorkowane w naszą stronę, ale sygnalizacje świetlne opóźniały nieco naszą podróż. Około godziny 10 zaczęliśmy zapuszczać się w coraz bardziej leśne i pagórkowate tereny. Warunki na jezdni zmusiły nas do jazdy 30-50 km/h. Lód miał kilka centymetrów i całkowicie przykrywał szosę.
Po godzinie 11 dotarliśmy do pierwszego przystanku, jakim było Wojnowo. Zatrzymaliśmy się tam, bo chciałam zobaczyć drewnianą cerkiew z 1923 roku, zbudowaną na wzór cerkwi rosyjskich. Kulturoznawcze zboczenie zawodowe każe mi patrzeć na takie obiekty innym okiem. Na stronie wyczytałam w jakie dni i godziny jest udostępniona dla zwiedzających, więc zdziwiłam się mocno, kiedy zastałam zamkniętą furtkę. Wiedziałam, że obiektem opiekują się siostry, które mieszkają obok, dlatego postanowiłam tam pójść i poprosić o otworzenie cerkwi. Tu kolejny raz odezwał się mój niefart tamtego dnia, bo pomimo wielokrotnego dzwonienia nikt nie otworzył drzwi. Po prostu nikogo nie było. Niestety pocałowałam klamkę, a tak bardzo chciałam zobaczyć ten biało-złoty ikonostas wewnątrz! Musiałam się obejść smakiem, trudno.



Z Wojnowa do Mikołajek jest już całkiem blisko. To trasa bogata w widoki wyrywające z ust ‘wow’ na każdym kroku. Wyobraź sobie, że jedziesz samochodem i nagle znajdujesz się nad przepaścią, a pod Tobą jest wielkie jezioro, świeci słońce, lokalni ludzie załatwiają swoje sprawy, a Ty czujesz, że nic nie musisz. Fajnie, co?
Kiedy dojechaliśmy do Mikołajek, postanowiliśmy zatrzymać się w porcie. Tylko tyle było w planach. Aby dotrzeć do placyku pod ratuszem, trzeba było przejechać przez most nad Jeziorem Mikołajskim. Poza sezonem parkingi są bezpłatne. Lokalne restauracje działają jak zwykle, choć w niektórych miejscach ceny zwalają z nóg. Przed zejściem do portu, zatrzymaliśmy się w amerykańskim pubie i zjedliśmy zupę, która nas rozgrzała. Spacer po obiedzie nie był zbyt długi, ale dla mnie pełen wrażeń. Niestety nie umiem pływać, boję się głębokiej wody, dlatego od zawsze myśl o wejściu na zmrożoną taflę jeziora wydawała mi się nieodpowiedzialna i głupia, a osoby, które to robią, nie mają wyobraźni. Dlatego kiedy zobaczyłam całe rodziny spacerujące na środku(!) jeziora, dodatkowo zachęcana przez Adiego, postanowiłam to zrobić. Choć nadal uważałam to za skrajnie nieodpowiedzialne. Przy pierwszych kilku krokach adrenalina podskoczyła, całkiem jak przed obroną licencjatu. Ale było fantastycznie! Mimo wszystko słuch mi się wyostrzył, bo cały czas nasłuchiwałam pękającego lodu. Nawet pewien starszy pan łowiący w przerębli, widząc mój lęk, uniósł w górę kciuk i się uśmiechnął. To nowe doświadczenie wyjątkowo mi się spodobało. Mróz nie dawał za wygraną, choć byliśmy ciepło ubrani, zawróciliśmy w stronę samochodu.




Święta Lipka była kolejnym, i ostatnim już przed noclegiem, przystankiem tego dnia. Z zewnątrz nie robi spektakularnego wrażenia, choć nie bez powodu jest nazywana Częstochową północy. Co prawda nie ze względu na widok, ale na legendę związaną z tym miejscem postanowiłam je zobaczyć i choć główny powód nie wiązał się z estetycznymi doznaniami, to nie umknęło moim oczom piękno wnętrza.  Freski i chór, z którego płynęły piękne melodie, były absolutnie zachwycające. Barokowy wystrój nie dawał od siebie oderwać wzroku. Bogactwo i przepych ma tu inne oblicze. I choć muszę przyznać, że na zewnątrz Sanktuarium mnie kompletnie nie zachwyciło, wręcz rozczarowało, to wnętrze absolutnie wynagrodziło wszystko. Polecam przed odwiedzinami przeczytać legendę o Świętej Lipce.


Zmęczeni podróżą i licznymi przystankami po drodze, skierowaliśmy się już do swojej bazy noclegowej w Kętrzynie. Zarezerwowałam pokój przez Booking, 100 zł za noc dla dwóch osób. Stąd dnia następnego miałam wyruszyć w miejsce, które chciałam zobaczyć najbardziej ze wszystkich, ale kiedy otworzyłam torbę, aby wyjąć ładowarkę do aparatu, zorientowałam się, że nie mam jej ze sobą. Mojego aparatu nie da się naładować przez laptopa, którego i tak de facto nie miałam, ani przez powerbanka. Czyli klops na całej linii. Kontrolka już mrugała, więc zaprzepaściłam szanse na zrobienie super zdjęć ze Stańczyków. Ale wpadłam na inny pomysł…



Dzień 2

Zerwałam się bladym świtem, aby pojechać do Giżycka i kupić ładowarkę. Po drodze chciałam wstąpić do Starej Różanki, w sam raz na wschód słońca, żeby zobaczyć holenderski wiatrak z XIX wieku. Oprócz wiatraka zobaczyłam też sarenkę, która akurat skakała sobie po polach na tle zaróżowionego nieba. Mróz był jeszcze większy niż poprzedniego dnia. Niebo ponownie bezchmurne, widoczność znakomita. W Giżycku nie planowałam zostać długo. Zależało mi tylko na kupnie kabla, podładowaniu baterii i wyruszeniu do Stańczyków, gdzie są totalnie niezwykłe wiadukty.
Pojechałam do Media Expert – nie mają, pojechałam do RTV Euro AGD – nie mają, pojechałam do Komputronika – nie mają. Tam dowiedziałam się, że takiego kabla w Giżycku po prostu nie kupię. No i nie kupiłam. Nie pamiętam kiedy byłam na siebie taka zła. Bateria co prawda nadal mrugała, ale uznałam, że jeśli mam jechać 120 km dalej na wschód i zrobić 2 zdjęcia, to mija się to z celem, zwłaszcza że nagle zrobiła się godzina 11. Zanim bym tam dojechała przy obecnych warunkach, znalazła boczną drogę i rozłożyła się ze wszystkim, to zrobiłoby się ciemno. Kolejny raz musiałam zrezygnować.



W zamian za to wybrałam się na wzgórze, gdzie znajduje się krzyż św. Brunona, skąd rozpościera się piękny widok na jezioro Niegocin. Słońce było już w pełni, ale napłynęły chmury, które je osłoniły, co dało fajny efekt na zdjęciach. Wiedząc, że do Stańczyków nie pojadę, a w Giżycku nie mam już nic więcej do zobaczenia, wsiadłam w samochód i skierowałam się w stronę naszej bazy noclegowej w Kętrzynie. 
Zostaliśmy tam do około 17, po czym zwróciliśmy klucze i ruszyliśmy do Warszawy. 

Wrażenia

Część swojego serca zostawiłam na Mazurach. Wiem, że chcę tam wrócić i spędzić więcej czasu bo 2 dni, to zdecydowanie za mało na poznanie tak rozległych terenów. Nie było mi dane zobaczyć wszystkiego, więc tym większa motywacja, aby pojechać jeszcze raz. Takiego spokoju doświadczyłam chyba tylko u siebie na Roztoczu. Polecam wszystkim, zwłaszcza tym zagonionym, szukającym wyciszenia. Jeżeli chcecie, aby czas płynął Wam wolniej, jedźcie na Mazury… albo Roztocze ;)
Wyszedł mi z tego posta trochę tasiemiec i jeżeli ciężko się czytało, to dajcie znać. W przyszłości podzielę taki tekst na więcej części. 






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz