sobota, 3 czerwca 2017

Co robiłam w Tatrach? Część 1


Kiedy planowałam wyjazd w Tatry, nie miałam pojęcia, jak szybko moje zamierzenia zostaną zweryfikowane przez rzeczywistość. Wszystko wydarzyło się na odwrót, w zupełnie innej kolejności, albo wcale. Dziś opowiem Wam, dlaczego nie pojechałam na Słowację, jak wpadłam po biodra w śnieg na szlaku i zjechałam na siedzeniu po śliskich głazach nad przepaścią, oraz co zrobić z telefonem, kiedy na 1850 metrach spotyka Cię tropikalna ulewa. 



PODRÓŻ

Najszybszy i najtańszy jednocześnie okazał się pociąg. Bilet kupiony półtora tygodnia przed wyjazdem kosztował 27,83 zł. Wybrałam ten, który odjeżdżał z Warszawy o 23:27. Dzień tygodnia, trasa i pora sprzyjały pustym przedziałom, więc bez żadnego problemu przespałam całą noc. Przejazd miał być bezpośredni, ale z jakichś niewyjaśnionych dla mnie przyczyn, w Krakowie musiałam się przesiąść w autokar, który dowiózł mnie do Zakopanego. Finalnie wyszłam na plus bo na miejscu byłam już o godzinę wcześniej, czyli tuż przed 6 rano. 

KOMUNIKACJA W ZAKOPANEM

Komunikacja w Zakopanem to ciekawa sprawa bo funkcjonuje dopiero od roku. Kursują dwie linie, obejmujące całe miasto, które nie jest duże. Bez problemu da się dojechać wszędzie, ale najczęściej trzeba jeszcze przejść mniej lub więcej pieszo, najczęściej mniej ;) Jednoprzejazdowy bilet dla studenta kosztuje 1,50 zł. Zastanawiałam się, jak wcześniej ludzie dojeżdżali do pracy, a dzieci do szkoły, skoro komunikacji nie było. Jeżeli jest tu ktoś z Zakopanego, to chętnie się dowiem, jak to wyglądało. Dajcie znać! 



JAK ZNALEŹĆ TANI NOCLEG?

Tu z pomocą przychodzi niezawodny jak dla mnie booking.com. Dzięki fenomenalnemu filtrowi "ocena gości i cena", można znaleźć naprawdę tanie pokoje z bardzo dobrymi opiniami. Ja zapłaciłam 125 zł za 2 noclegi w Willi Cubryna. Apartament, bo tak był nazwany na stronie, miał z tą nazwą niewiele wspólnego, ale i tak był świetny. Własna łazienka, a także kuchnia połączona z pokojem, to super wygodna sprawa. Polecam! 


PLAN NA PIERWSZY DZIEŃ

Pierwotnie miał to być wyjazd na Słowację i zdobywanie Sławkowskiego Szczytu. Jak się jednak okazało, bezpośredni przejazd jest tylko w sezonie. Poza sezonem da się, ale nie bezpośrednio i z ryzykiem, że się nie będzie miało czym wrócić bo kursy nie są zbyt częste. No i po raz kolejny w trakcie podróży zostałam zmuszona do zmiany planów. Po przeszukaniu Internetów pod względem super wow widoków, wybór padł na przejście do Doliny Pięciu Stawów z Palenicy Białczańskiej i powrót przez Morskie Oko. 

Do Palenicy można dojechać busem z Dworca w Zakopanem. Kursują często i kosztują 10 zł. W tym miejscu powinnam dodać, że w żadnym innym miejscu na świecie, nie spotkałam się z taką uprzejmością wśród kierowców. Zawsze pytają, czy mogą w czymś pomóc, tłumaczą w razie potrzeby jak gdzie dojechać, czy na który przystanek się udać. W Zakopanem nie da się zgubić! 

Pierwsza część trasy, to szalenie nudna asfaltówka w kierunku Morskiego Oka. Umilaczem czasu są szumiące strumyki, które mija się co chwilę. 


Do Wodogrzmotów Mickiewicza doszłam czerwonym szlakiem, a stamtąd zielonym już do samego końca. Dopiero na zielonym zaczęła się prawdziwa zabawa. To podejście było naprawdę męczące! Ostatni raz w górach byłam rok temu na Śnieżce, od tamtej pory ze sportem byłam trochę na bakier, no i nie ukrywam, że trochę się zasapałam.


Słońce tego dnia trochę się bawiło w chowanego. Gdy wychodziło, robiło się okropnie gorąco, jak już zaszło, trzeba było nakładać kurtki i uważać, żeby nie rąbnąć nosem w gałąź, albo nie wywinąć orła na wystającym kamieniu, bo przy okazji w gęstym lesie robiło się ciemno. 


Nie mogłam się doczekać, kiedy wyjdę nad pokrywę lasu i zobaczę panoramę gór. Przejście przez las usiłowało wynagrodzić mi mój trud, serwując naprawdę fajne widoczki, ale mi spieszyło się już tam, do góry. 



Wraz z nabieraniem wysokości otwierała się przede mną coraz szersza panorama Tatr. Starałam się nie odwracać głowy, aby nie psuć sobie widoków. Tym sposobem doszłam pod Wodospad Siklawa i tam, nie mogłam się już powstrzymać, aby nie rozejrzeć się dookoła. Do tej pory nie sądziłam, że takie widoki, mamy tuż obok! To było dla mnie absolutnie wielkie wow! Kiedy oglądałam zdjęcia po powrocie do domu, trudno było mi uwierzyć, że to nie Islandia albo Nowa Zelandia. To nasze Tatry! 




Nad wodospadem były pierwsze ośnieżone podejścia, które udało się przejść bez większego problemu bo były wydeptane. Co oczywiście nie znaczy, że nie trzeba uważać. Beztroska połączona z chodzeniem po wyślizganym śniegu nad przepaścią może się skończyć tragedią, więc ostrożność należy zachować zawsze. 


Po zmaganiach ze śniegiem, udało mi się dotrzeć do celu. Dolina Pięciu Stawów zachwyciła mnie bardzo. Strasznie żałowałam, że tego dnia nie było słońca. Szarobure niebo nie dodawało uroków temu miejscu, ale absolutnie też go nie zabierało. Woda w stawach była krystalicznie czysta, pływały w niej ryby, a ja zastanawiałam się, jak to możliwe, że nie było mnie tu wcześniej. 


Zachęcona pięknymi widokami i zapachami z kuchni w schronisku, zdecydowałam się na bigos. W stołówce zastała mnie godzina 14, więc z pełnym brzuchem, zadowolona, no bo przecież teraz to już będzie leciutko zejść, wyszłam ze schroniska. Nie zorientowałam się, że zrobiło się chłodniej i ciemniej. Beztrosko ruszyłam w dalszą trasę. 



Zbliżały się kolejne ośnieżone przejścia, które już nie robiły na mnie wrażenia, bo przecież dziś je już przechodziłam. Błogość po jedzeniu i zbyt pewne kroki spowodowały, że w ciągu ułamka sekundy wpadłam jedną nogą po biodro w lekko stopniały śnieg. Na moje nieszczęście, na spodzie tej lodowatej pokrywy, była jeszcze bardziej lodowata woda. Nie trudno się domyślić, że mój but przemókł. Przemókł do tego stopnia, że jak już stamtąd się wygramoliłam i go zdjęłam, to wylałam z niego wodę. Para suchych skarpetek w plecaku nic nie dała, przemokły po kilku sekundach, a ja przecież musiałam dalej iść. Nie chciałam utknąć w schronisku i tracić czasu, więc poszłam, ale już z nieco kwaśniejszą miną.


Na ten dzień dobrych prognoz nie było. Dlatego mile zaskoczyło mnie, że do godziny 15 nie spadła ani kropla deszczu. To wystarczyło, żeby poprawić mi humor, który skutecznie się obniżał przez chlupotanie w bucie. Spokojnym krokiem dotarłam na Świstową Kopę (1875 m n.p.m.).


Po zrobieniu tego zdjęcia zamarłam. Poczułam delikatne kropienie na twarzy, więc postanowiłam powoli schodzić w kierunku Morskiego Oka, a aparat schowałam do plecaka. Z każdą kolejną chwilą deszcz nabierał coraz bardziej na sile, a ja byłam coraz bardziej przerażona. Zrobiło się ciemno, szaro, mglisto. Widać było tylko to co pod stopami. Deszcz przerodził się w ulewę tak potężną, że po chwili miałam ubranie przemoczone do samej skóry. Przeklinałam się w duchu, że nie wzięłam żadnego woreczka, folii, czegokolwiek co zabezpieczyłoby moją elektronikę. Jedyne miejsce, które było suche, to przód majtek osłoniony dłuższą kurtką, więc niewiele myśląc, schowałam tam telefon. Z aparatem nie miałam co zrobić, więc modliłam się o to, żeby plecak mi nie przemókł do końca, a aparat przeżył tą przeprawę. 


Marzyłam, żeby jak najszybciej znaleźć się w schronisku nad Morskim Okiem. Zmartwienie o aparat i szybkie tempo zaowocowały brakiem ostrożności. Upadek na śliskiej skale, tuż nad przepaścią, z boku mógł wyglądać groźnie, ale dla mnie skończył się tylko siną dłonią i zdartą nogą. Na szczęście. Deszcz cały czas zacinał, ale stale z obniżaniem wysokości, pokrywa drzew dawała coraz większą ochronę. Nie zorientowałam się nawet, kiedy doszłam do Morskiego Oka i wyszło słońce. 

Morałów tego dnia wyciągnęłam wiele. Ameryki nie odkryłam, ale najważniejsze jest zachowanie ostrożności! Nieważne co nam się wydaje, ostrożność to podstawa! Tak samo jak płaszcz przeciwdeszczowy i kilka reklamówek w plecaku, których ja tego dnia nie miałam ;) Do zobaczenia w 2 części!

Jeżeli post Ci się podobał, będzie mi miło, kiedy się nim podzielisz z innymi. Daj znać komentarzem, lub polubieniem, czy przypadł Ci do gustu. W razie pytań, zapraszam na Facebooka lub do zakładki KONTAKT.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz